Historia Tomka to historia człowieka, który postanowił wstać z kanapy i odżyć. 20 kilogramów stracił przy okazji.

Jedno zdanie zawiesza się w powietrzu dłużej niż pozostałe. Nie pada w dramatycznym tonie - pada spokojnie, niemal obojętnie, jak coś, co się w końcu rozumie.

„Myślałem, że się zabiję. Naprawdę byłem zdeterminowany, żeby wejść w ten program, bo wiedziałem, że to jest jedyna opcja." - Tomek, 47 lat

To nie była desperacja. To była decyzja. I w tej różnicy mieści się cała reszta tej historii — bo człowiek, który dziś trenuje cztery razy w tygodniu, robi pizzę z domowych składników i wstaje rano z energią, to nie jest ten sam człowiek, który kilka lat wcześniej nie podnosił się z kanapy.

Różnica nie polega na 20 kilogramach. Polega na tym, co te 20 kilogramów za sobą pociągnęły.

Kiedy to się zaczęło? Nie nagle. Falami.

Tomek nie był otyłym dzieckiem. Nie był otyłym nastolatkiem. Problem pojawił się dopiero po trzydziestce, około 33 roku życia i narastał falami. Trochę przybrał, trochę zrzucił, znowu przybrał. Niezauważalnie, przez lata.

W tle toczyły się dwa procesy, z których żaden z osobna nie wyglądał na problem. Po pierwsze: znikała aktywność. Kolejne obowiązki, praca umysłowa, wieczory na kanapie. Chęć ruchu gasła stopniowo, aż w końcu zgasła zupełnie. Po drugie: jedzenie przestało być świadome. Liczyło się tylko, żeby było smaczne. Czy zdrowe -to już była osobna, mało interesująca kwestia.

„Mnie interesowało, żeby zjeść smacznie, a czy to było zdrowe - to mnie zupełnie nie zajmowało. I coraz więcej. I coraz więcej. Bo apetyt rośnie w miarę jedzenia."

Porcje rosły. Ruch zanikał. Z zewnątrz wszystko wyglądało „jakoś normalnie" — bo każdy z nas wygląda „jakoś normalnie", dopóki coś zacznie boleć. Próg, który zwykle wyznacza moment reakcji, Tomek przekroczył spokojnie, niezauważalnie, przez kilka lat.

W wieku 43–44 lat stwierdził w końcu, że trzeba coś zrobić.

Próba pierwsza: pudełka. Efekt: wściekłość i bóle głowy.

Wybór padł na to, co wybrałoby prawie każdy: dieta pudełkowa. 1800 kalorii dziennie. Bez konsultacji z dietetykiem. Na zasadzie: „to wie, co robi, to proste".

Nie było proste. Organizm przyzwyczajony do sporo większych porcji nagle dostawał deficyt, o którym nikt mu wcześniej nie powiedział. Pojawił się głód, którego pudełka nie tłumiły. Pojawiła się irytacja. Potem bóle głowy - codziennie, uporczywie. Potem niemożność skupienia się nad niczym przez kilka godzin z rzędu.

„Ciągle byłem głodny, byłem zły. Pojawiły się bóle głowy, pojawiły się bardzo negatywne skutki. Chodziłem cały czas poirytowany. Nie mogłem się nad niczym skupić."

Co najgorsze - Tomek się pilnował. Naprawdę. Nie podjadał. Trzymał się pudełek. Liczył kalorie. Stosował się do planu. I waga stała w miejscu.

Więc zrobił to, co w takiej sytuacji zrobiłoby wiele osób: obniżył kaloryczność. Zszedł z 1800 na 1300. Nie wiedząc, że 1800 już było w deficycie. Nie wiedząc, że 1300 to dla jego organizmu sygnał alarmowy. Wiedział tylko jedno: jest coraz bardziej wściekły i coraz mniej rozumie, dlaczego.

Próba druga: keto. Efekt: katastrofa.

Kiedy pudełka zawiodły, usłyszał to, co zwykle się w takich momentach słyszy - że keto jest rewelacyjne. Że efekty błyskawiczne. Że wielu osobom pomogło.

Nie pomogło. Żołądek odmówił współpracy. Energia spadła do zera. Bóle głowy z okresu pudełek wróciły, tylko intensywniejsze. Samopoczucie fizyczne i psychiczne pogorszyło się jeszcze bardziej niż wcześniej.

Tu jest ważny moment, który Tomek rozumie dziś lepiej niż wtedy: problem nie leżał w nim. Leżał w metodzie. W braku opieki. W braku kogoś, kto spojrzałby na jego konkretny organizm, zrobił konkretne badania i powiedział: zacznijmy od tego, co tam naprawdę się dzieje.

Bez tego każda kolejna dieta to strzelanie na oślep, a strzelanie na oślep zwykle trafia w cel przypadkiem albo nie trafia wcale.

Punkt zwrotny: „Muszę się zacząć uczyć."

Tuż przed tym, jak trafił do Holi, Tomek doszedł do jednego wniosku - własnym rozumem, w akcie czystej desperacji. Nie brzmiał on: „znajdę lepszą dietę". Brzmiał inaczej.

„Pomysł zrodził się taki, że muszę zacząć uczyć się tego, co jem. Jakie składniki przyjmuję. Nie tylko ślepo wierzyć diecie pudełkowej."

To przesunięcie perspektywy  z „szukania diety" na „rozumienia jedzenia" , to jest moment, w którym wiele historii leczenia otyłości się zaczyna. U Tomka zaczęła się właśnie wtedy. I odezwał się do Holi.

Start w Holi - od środka

Pierwsze kroki wyglądały inaczej niż we wszystkich poprzednich próbach. Najpierw wywiad medyczny, potem komplet badań. Nie na podstawie ogólnych tabel BMI - na podstawie konkretnych danych z konkretnego organizmu. Dopiero na tej podstawie - plan, lek i opieka dietetyczki w aplikacji Holi.

Potem pojawił się element, na którym wiele osób się zatrzymuje: prowadzenie dzienniczka żywieniowego. Trzeba było zapisywać wszystko. Naprawdę wszystko - każdą łyżkę keczupu, każdą kawę, każdą przekąskę o 23:00. Bez filtrowania, bez korygowania, bez „zapomnienia". Szczerze.

Szczerość, z dietetyczką i ze sobą, była warunkiem, bez którego plan nie mógł się ułożyć. Dietetyczka nie przyszła z gotowym szablonem dla „pacjenta z nadwagą, lat 40+". Przyszła z pytaniem: co ty naprawdę jesz? I dopiero z odpowiedzi na to pytanie powstał plan. Dla Tomka. Nie dla statystycznej osoby.

Droga Tomka na wadze

Nie była liniowa. Nie była błyskawiczna. Pierwsze miesiące to stopniowy spadek z 95 kilogramów. Potem - długa faza stabilizacji między 80 a 85 kg. Potem najniższy punkt: 76 kg w czerwcu 2025 roku, w trakcie intensywnych treningów na siłowni. Potem stabilizacja na poziomie około 80 kilogramów - bo Tomek w międzyczasie zbudował masę mięśniową, a mięśnie ważą.

WYKRES WYKRES

To jest prawdziwy wykres, z prawdziwego leczenia. Z wahaniami, z okresami plateau, z miesiącami, w których waga wzrosła o kilogram, i z tygodniami, w których spadła o dwa. Tak wygląda leczenie otyłości, kiedy jest prowadzone uczciwie - nie jak reklama suplementów na Instagramie.

Pomidor kontra keczup

Metoda, którą zaproponowała dietetyczka z Holi, miała jedną kluczową cechę: nic nie było wyrzucane z dnia na dzień. Przykład jest tak prosty, że brzmi niemal banalnie — a zmienił wszystko.

Tomek uwielbiał keczup. Duża butelka na tydzień to był standard. Dietetyczka nie powiedziała: od jutra zero keczupu. Powiedziała: ej Tomek, keczup to sam cukier. Ale nie rezygnuj - zastąp. Zjedz trochę mniej keczupu, weź trochę pomidora.

Pierwszy tydzień: trochę mniej keczupu, trochę pomidora. Następny: pół keczupu, pół pomidora. Potem właściwie cały pomidor, a keczup już tylko jako kropla do smaku. Na koniec pomidor stał się po prostu warzywem, które Tomek je. Bez napiętej woli. Bez poczucia wyrzeczenia. Bez rewolucji.

„To działa trochę jak z masażem. Jeżeli masażysta bierze się za ciebie bardzo mocno - mięśnie stawiają opór i wręcz może dojść do kontuzji. A jeżeli robi to delikatnie, powoli - organizm się nie buntuje. Tylko bardzo fajnie w to wchodzi."

To jest filozofia holistycznego leczenia otyłości w jednym zdaniu. Nie terapia szokowa. Nie wyrzeczenie z dnia na dzień. Ewolucja, którą organizm przyjmuje bez oporu, bo nie czuje się zagrożony. I właśnie dlatego ta zmiana zostaje. Na stałe.

{{cta_1}}

Pierwsze efekty (wcale nie na wadze)

Po dwóch miesiącach coś zaczęło się zmieniać. Ale nie tam, gdzie Tomek pierwszy raz by spojrzał.

Najpierw sen. Głębszy, spokojniejszy, regenerujący. Potem: zniknięcie codziennych bólów głowy, z którymi żył od czasu prób pudełkowych. Potem: odzyskana zdolność skupienia - praca umysłowa przestała być walką. Potem: energia w ciągu dnia, której od lat nie czuł. I dopiero potem - waga drgnęła.

„Dużo lepiej się czułem. Dużo lepiej spałem. Przestały mnie męczyć bóle głowy. Mogłem się dużo lepiej skupić. I waga zaczęła - waga drgnęła. Kropka."

To jest sedno holistycznego rozumienia otyłości jako choroby. Waga to symptom. Kiedy organizm zaczyna zdrowieć, waga jest jednym z efektów tego procesu - nie jedynym, i często nie pierwszym. Najpierw wraca sen, energia, koncentracja, poczucie bycia sobą. Potem liczba na wadze.

I to jest też jeden z powodów, dla których w Holi dietetyczki od pierwszego wywiadu rozmawiają o spaniu.

Z kanapy na siłownię

Tu wydarzyło się coś, o czym Tomek do dziś mówi z wyraźnym zaskoczeniem, jakby sam nie dowierzał. Nie było decyzji typu „muszę zacząć chodzić". Nie było smartwatcha, który krzyczał o krokach. Nie było dietetyczki, która kazała.

Był po prostu moment, w którym ciało samo zapytało o ruch.

Najpierw spacer raz w tygodniu, dwie godziny, bez celu, dla siebie. Potem co drugi dzień. Potem codziennie. Potem okazało się, że to za mało. Tomek załatwił trenera, zaczął chodzić na siłownię. Dziś trenuje cztery razy w tygodniu rano, bo ma wtedynajwięcej energii, a trening nakręca go na cały dzień.

Człowiek, który kilka lat temu nie ruszał się z kanapy. I nie ruszanie się z kanapy nie było jego wadą charakteru ani brakiem silnej woli. Było objawem choroby, z której zaczął się leczyć.

„Nie ma złego jedzenia. Są złe ilości."

Kiedy pojawiła się siłownia, dieta musiała się zmienić. Większy wydatek energetyczny, nowe potrzeby  i nowy etap pracy z dietetyczką. Tomek raportował w aplikacji; dietetyczka korygowała plan. Więcej białka, więcej posiłków, inne miejsce węglowodanów w ciągu dnia.

Ale najważniejsze stało się to, czego nie było na liście. Z diety nie zniknął keczup. Nie zniknęła czekolada. Nie zniknęły hamburgery ani pizza. Tomek robi pizzę raz lub dwa razy w tygodniu  z domowych składników, świadomie. Hamburgera też, z wołowiny, soli i pieprzu. Czekoladę zjada, bo ją uwielbia, a ciało po treningu spokojnie sobie z nią radzi.

„Nie ma złego jedzenia. Są złe ilości i złe momenty. A nie że hamburgery zabijają czy coś takiego. Domowy hamburger z wołowiny, soli i pieprzu - to jest absolutnie genialne żarcie."

Problem nigdy nie był w hamburgerze. Problem był w tym, co Tomek jadł przez cały dzień, w jakich ilościach i kiedy - i w tym, że przez lata nikt mu tego nie pokazał. Teraz wie. I kiedy dietetyczka proponuje coś nowego, często zgadza się z jej propozycją, bo sam już by to wybrał.

To ostatni etap: samodzielność. Nie uzależnienie od programu ale nauka myślenia, której efekty zostają na stałe.

Minus 20 kilogramów to nie najważniejszy efekt

Po kilkunastu miesiącach pracy, stopniowych zmian, setkach raportów w aplikacji, dziesiątkach rozmów z dietetyczką, odstawieniu używek - Tomek schudł ponad 20 kilogramów. Obwód talii zmniejszył się z 106 do 85 centymetrów. Na wadze zatrzymał się w okolicach 80 kg - bo w międzyczasie zbudował masę mięśniową, a mięśnie ważą.

Ale to nie jest prawdziwy wynik. Prawdziwy wynik to coś, co trudniej zważyć.

Brak bólów głowy. Lepsza koncentracja. Cztery treningi tygodniowo - rano, z energią, która wystarcza na cały dzień. Codzienne spacery, które nie są obowiązkiem. Świadome gotowanie. Nowe zainteresowania. Podróże i aktywności, które przy 20 kilogramach więcej były niemożliwe - nie dlatego, że się nie chciało, tylko dlatego, że się nie dało.

Tomek wygląda dziś inaczej. Ale przede wszystkim jest kimś innym. Tą samą osobą, tylko bez ciężaru, który nie pozwalał jej być w pełni sobą.

„Po to odezwałem się do Holi - żeby być szczęśliwym. Zaakceptować się. Być aktywnym. Zwiedzać świat. Cieszyć się swoimi zwierzętami, cieszyć się podróżami, cieszyć się aktywnościami, które były niemożliwe w momencie, kiedy miałem te 20 kg więcej."

Dlaczego Holi, a nie kolejna dieta?

Kiedy Tomka pyta się, dlaczego warto było - odpowiada bez upiększania. Wymienia dwie rzeczy, które uważa za kluczowe.

Pierwsza: bezpieczeństwo. Leczenie otyłości bez opieki lekarza i dietetyczki kończy się zwykle efektem jo-jo, złym samopoczuciem i utratą wiary we własne siły. W Holi opieka jest medyczna i dietetyczna jednocześnie. To oznacza, że zmiany w ciele są kontrolowane, a wątpliwości od razu znajdują odpowiedź.

Druga: realistyczne oczekiwania. Holi nie obiecuje złotych gór. Nie obiecuje tygodnia, w którym wszystko się zmieni. Obiecuje i dostarcza coś trudniejszego: metodyczną, cierpliwą, stopniową zmianę, która zostaje na stałe.

Do tego dochodzi coś, co Tomek podkreśla najmocniej: codzienna dostępność dietetyczki w aplikacji. Nie raz w tygodniu. Nie raz na dwa dni. Codziennie na każdą wątpliwość, przy każdej nowej sytuacji, przy każdym zaskakującym posiłku w podróży. Bo zmiana nawyków nie dzieje się raz w tygodniu podczas wizyty. Dzieje się codziennie.

„Jeżeli wprowadzę jakąś zmianę do diety i mogę na to źle reagować - mogę od razu zadać pytanie. I to pytanie nie pozostanie bez odpowiedzi."

Poczucie bycia zaopiekowanym. To nie jest slogan marketingowy. To konkretne, codzienne narzędzie zmiany  i dla Tomka okazało się jednym z najważniejszych.

Czy Holi jest dla Ciebie?

Tomek jest szczery do końca: pierwsze tygodnie wymagają dużego zaangażowania i pełnej szczerości  z dietetyczką i ze sobą. Trzeba naprawdę chcieć.

Holi nie jest programem, który zrobi to za Ciebie.

Jeśli czytasz tę historię i rozpoznajesz w niej siebie to może być właśnie ten moment.

Nie pozwól otyłości rządzić Twoim życiem. Odzyskaj kontrolę z kliniką Holi.

Nie pozwól otyłości rządzić Twoim życiem. Odzyskaj kontrolę z kliniką Holi.

Co o Holi mówią nasi pacjenci

-
/
-
Patrycja
5 miesięcy temu

W Holi zaskoczyło mnie to, że nie musiałam drastycznie zmieniać tego, co jem i komponować bardzo skomplikowanych posiłków z trudno dostępnych produktów.Bez drastycznych zmian w diecie, tylko z odpowiednio dobraną farmakologią i pracą nad nawykami, zaczęłam czuć się lżej, a wiele objawów mojej choroby ustąpiło. Po latach nieudanych prób, wreszcie znalazłam program, który działa.

Anna
5 miesięcy temu

W Holi najbardziej zaskoczyła mnie elastyczność i zdrowe podejście – gdy miałam gorsze dni dostawałam wsparcie i zrozumienie. Dzięki temu nowe nawyki weszły do mojego życia naturalnie, bez stresu. Wcześniej próbowałam wielu metod, ale dopiero Holi pomogło mi zrozumieć, że nie trzeba być na wiecznej diecie, żeby czuć się dobrze i zdrowo

Tomek
5 miesięcy temu

W Holi cenię bezpieczeństwo i stałą opiekę dietetyka oraz lekarza, co pozwala mi działać we własnym tempie. Zaskoczyły mnie efekty – moje ciało zmieniło się, a ja mam energię do aktywności, których wcześniej unikałem. Program pozwolił mi w zrównoważony sposób schudnąć i odkryć na nowo radość z aktywnego życia.

Ula
5 miesięcy temu

Największą wartością programu jest swobodny dostęp do specjalistów, zwłaszcza dietetyka, co daje mi poczucie bycia wspieraną: zarówno merytorycznie jak i emocjonalnie. Zaskoczyło mnie, jak zmieniło się moje życie – zyskałam więcej energii, zmieniła się moja relacja z głodem, a dieta przestała być rygorem, stając się narzędziem wspierającym zdrowe życie. W Holi otrzymałam wielopoziomowe wsparcie, które zdecydowanie przyspieszyło moją osobistą podróż do zdrowia i większej świadomości siebie.

Podziel się tym artykułem
https://klinikaholi.pl/blogpost/

Zadbajmy razem o Twoje zdrowie.

W Holi wiemy, że otyłość to złożona choroba, którą bardzo ciężko wyleczyć samodzielnie. Daj sobie pomóc i zagwarantuj wsparcie dedykowanego zespołu specjalistów!